I. Monumenty

Nie jestem osobą religijną. Szczerze mówiąc, bliżej mi do apostazji niż jakiejkolwiek próby utożsamienia się z wiarą. Łatwo zatem wywnioskować, iż na kamienne płyty z wyrytymi danymi osobowymi patrzę rzadko. Nie pamiętam nawet, kiedy ostatni raz byłem na jakimkolwiek cmentarzu (nie licząc wizyt w celu, hm, no sami wiecie jakim*), lecz doprawdy musiało to być jeszcze w czasach niepodważalnej zależności.
Pewnego razu zdarzyło się jednak inaczej. Co lepsze, zdarzenie to miało miejsce w okresie zwiększonej aktywności wokoło tych konkretnych obiektów.
A więc wybrałem się na cmentarz. Dla pewnej grupy osób zapewne w tym momencie zacząłby się nieopanowany ból pewnej partii ciała odpowiadającej, między innymi, za defekację. Próżno bym dodawał, że ów cmentarz jest z grubsza opuszczony oraz przeznaczony dla żydowskiej części (byłego) społeczeństwa. Stało się, nie będę zaprzeczał. Istotny jest fakt, że nie dokonałem wcześniej wspomnianego czynu samotnie, a z kimś o podobnych poglądach, zatem wymiar kary powinien być szerzej rozpowszechniony. 🙂

dsc03571


Spotkaliśmy się rano, o godzinie, o której mózg przejawia wyjątkową skłonność do funkcjonowania w trybie oszczędzania energii oraz treści (głównie odbieranych, lecz również tych wysyłanych).
Zgodnie z powyższym mieliśmy kilka kłopotów komunikacyjnych… Ostatecznie, po dłuższej chwili stanęliśmy u celu gotowi do działania, lecz z niewielkim brakiem motywacji. Wystąpiła bowiem niespodziewanie łatwa do przewidzenia sytuacja, że w tym konkretnym czasie wszelkie cmentarze są obstawione, strzeżone, generalnie i skrzętnie otoczone. Stąd zapewne wzięły się pierwsze wątpliwości. Zaraz po nich odkryliśmy, że jedyne wejście na teren znajduje się na widoku służb porządkowych. Dużo wahania, mało zdecydowania, sporo sprzętu i wątpliwość, czy w ogóle uda nam się przecisnąć.
Czasami Miewam niekontrolowane wybuchy spontaniczności. W tym wypadku doszedł również czynnik „niedbalstwa” i po kilkunastu sekundach od momentu, w którym grzebałem w torbie, znalazłem się po drugiej stronie płotu. Chwilę po mnie kompan, rzecz jasna.
A zatem infiltracja, elegancko.
Przemieszczając się w taktycznym przykucnięciu, parłem naprzód w awangardzie. Bardziej komfortową opcją jest zamykanie, lecz inicjatorowi tak nagłej akcji przypada jednak obowiązkowo rola zwiadowcy. Dobrnąłem do chodnika przecinającego teren kirkutu na pół, po czym rozejrzałem się na boki: lewo – potencjalne zagrożenie, trzeba będzie trzymać się z dala; prawo – teren do eksploracji. Daję znak czekającemu z tyłu kompanowi – czysto, idziemy.

Pierwsza część, na lekkim wzniesieniu, w porównaniu do tego, co zobaczyliśmy później, wypadała skromnie, lecz przyzwoicie. Nagrobki były tu ułożone w ogólnym nieładzie, bez zachowania jakiejkolwiek symetrii, czy też najprostszego podziału na rzędy. Pomimo tego organizacyjnego chaosu przyzwoitość owej sekcji polegała na tym, iż dało się między nimi normalnie przechodzić, bez poczucia nadmiernie zagospodarowanej przestrzeni. Dobre na start. Ciekawostką okazał się fakt, iż większość płyt zapisana była językiem hebrajskim, zatem stanowiła dla mnie zagadkę. Ale skoro wyglądają tak dostojnie, to na pewno zapisane są równie pięknymi słowami.
Po skończeniu z pierwszą częścią udałem się w głąb terenu. Schodząc nieznacznie niżej, zacząłem zauważać stopniowo pojawiające się stosy, bądź może sterty, kamiennych płyt. Odwiesiłem nawet aparat na szyję, choć zwykle tego nie robię, ponieważ taka rzecz kojarzy mi się z wizerunkiem tandetnego turysty… Wolę go mieć na stałe przymocowanego do dłoni, obwiązanego wokół nadgarstka, ewentualnie w torbie, lub kieszeni bojówek, jeżeli pozwalają na to okoliczności.

Wracając… odwiesiłem aparat na szyję, zapiąłem i położyłem torbę pod najbliższą brzozą, po czym wszedłem w kamienny labirynt. Niesamowity, lecz przerażający widok, gdy te wszystkie nagrobki leżą obok siebie, ściśnięte niczym w pociągu do śmierci, tworząc jedno bezkresne, kamienne podłoże.
I pomyślałem o tym, nie jako o całości, lecz oddzielnie. Setki upadłych monumentów, zrównanych ze sobą z nieznanego mi powodu. Miejscami ledwo nawet da się chodzić, choć widnieje kilka głównych ścieżek, na których gdzieniegdzie leżą pojedyncze, małe płyty nagrobkowe. Gdyby przyrównać pobliską powierzchnię do morza, nadać mu barwę krwi, a wszystkie te kamienne twory zamienić na trupy… Dość, choć sam kreuję mnóstwo podobnych wizji, niekoniecznie powinienem je rozpowszechniać.
Patrząc na upadłe monumenty doprawdy dziwiłem się, jak to tak wszystko może leżeć. Po przeciwnej części betonowego chodnika panował nieco mniejszy chaos, a część nagrobków była nawet opisana w mym ojczystym języku. Czuć było różnicę w mentalności ludzi żyjących niemal sto lat wstecz, gdyż większość macew okraszona była niespotykanymi zwrotami. Przykładowo B.P. (żydowski odpowiednik Ś.P.) Jureczek (…). Próżno szukać czegoś takiego na współczesnych cmentarzach, wydaje się to wręcz absurdalne, aby zdrabniać czyjeś imię (nawet dziecka) w miejscu jego spoczynku.

dsc03587

dsc03578

Chodziłem między nagrobkami, a czas mijał. Czasem robiłem zdjęcia, lecz głównie podziwiałem płaskorzeźby oraz zdobienia rozmaitych stel, zwracając również uwagę na inskrypcje, tam gdzie było to możliwe.
Ciekawe, ile historii mógłbym odczytać, gdybym tylko znał hebrajski…
W końcu, po dłuższej chwili samotności i zwiedzania na własną rękę, spotkaliśmy się z kompanem. Chwilę później byliśmy już poza terenem cmentarza. O niepożądanych gościach nikt się nie dowiedział, nawet patrole policji stacjonujące sto metrów dalej.
To w zasadzie koniec, tym razem obyło się bez sensacji.


untitled_1-1-1

*żarcik (o nekrofilii/nekrofagii).


MOnuMENTY:

I. Monumenty
II. Momenty
III. MOnuMENTY

2 thoughts on “I. Monumenty”

Podziel się ze mną swą opinią!