Krzesła III – Panoptykony

Poniższe opowiadanie jest trzecią i ostatnią częścią trzeciej partii cyklu „Krzesła”.


Młody mężczyzna o krzepkiej budowie ciała ostrożnie wszedł do pomieszczenia, starając się, aby srebrna taca wypełniona po brzegi najrozmaitszymi frykasami, którą dzielnie niósł, nie uszczupliła swych zasobów. Na jednym z dwóch połączonych ze sobą łóżek leżała kobieta w wieku podobnym do przybysza. Otworzony balkon przepuszczał dźwięki z zewnątrz, choć wydawało się, że potężny koncert insektów bez problemu przewierciłby się przez każdą okoliczną ścianę. Jednak bez otwartych okien zwyczajnie się nie dało wytrzymać, gdyż w niewentylowanym pomieszczeniu duchota prędko dawała się we znaki.
Postawiwszy tacę na stoliczku, mężczyzna opadł z wyraźną ulgą koło kobiety.
– No, no! Jak zwykle wiesz, czego chcesz… – westchnął i z rozrzewnieniem wpił nos we włosy swej partnerki.
– Wiemy, czego chcemy. – poprawiła, kładąc dłoń na co najmniej poprawnym torsie faceta.
– Racja, w przeciwnym razie by nas tu nie było.
– Otóż to.
Wszystko zmierzało ku jednemu. Mimo tego po chwili wznowiono rozmowę.
– Słuchaj, co sądzisz o tym cieciu?
– Że z recepcji? Dziwny ma uśmiech, lico jakieś takie kryjące tajemnicę, lecz z drugiej strony człowiek jakby jowialny…
– Ano właśnie, za dużo mam wrażeń, gdy patrzę na tego człowieka. Miejmy się na baczności, co?
– Skoro tak mówisz… W sumie straszna dziura, jakby nie patrzeć. Z dala od skupisk ludzkich może zdarzyć się wszystko…
– Dokładnie. Lecz póki co zajmijmy się zawartością przyniesionej przeze mnie tacy. Jesteś gotowa?
– Jeszcze jak!
Była, zdecydowanie.
Jedna noc, dużo seksu.


Tego czasu z pewnością przez długi czas nie zapomną, tfu, nie zapomnieli.
Przed oczami migała mi już ostatnia scena, po raz kolejny opuszczali pokój, a ja po raz kolejny poczułem jak coś pęka w mojej głowie. Uczucie bólu psychicznego jest po stokroć gorsze od fizycznego, nie da się nad nim zapanować, nie można go uśmierzyć. Pojawiająca się raz za razem w kółko wizja powodowała u mnie tenże rodzaj dolegliwości. Co jeszcze gorsze – znajdowałem się poza swą ziemską powłoką i wszystko, co mnie dotykało, uderzało bezpośrednio w mą duszę. Nie wiem, czym to groziło, lecz na pewno niczym dobrym. Ponadto, będąc w owej pułapce, moje ciało najprawdopodobniej pozostawało bezwładne, zatem zagrożone otoczeniem bądź jakąkolwiek nieprawidłowością w poprawnym funkcjonowaniu organizmu.
Z wszelkich metafizycznych dywagacji wyrwał mnie bezdźwięczny pisk roznoszący uszne bębenki niczym start rakiety wysyłanej w kosmiczne przestworza przez hamerykańską organizację znaną jako NASA.
Nie wchodź, człowieku…
Młody mężczyzna o krzepkiej budowie ciała ostrożnie wszedł do pomieszczenia, starając się, aby srebrna taca wypełniona po brzegi najrozmaitszymi frykasami, którą dzielnie niósł, nie uszczupliła swych zasobów.
Kobieto.
Nie mogłem niczego zrobić, a każda próba „czegokolwiek” kończyła się płynącym rozdwojeniem wizji.
Moje natarcia były bezsensowne.
Niczym łyżka cukru okalająca oscypkowy szczyt.
Dynamit zjedzony przez kwas żołądkowy.
Lot Dikara nad Morzem Czarnym.
Konfitura polana wrzątkiem spazmatycznym.
Gojenie się rany w upalnym ultrafiolecie.
Jabłuszko-pimpuszko.
Jedna trzecia zerowego spoczynku.
Noc na kłodzie w próżni atomowej.
YYY
Jedna noc,

Myślę, że już wystarczy 😉 – przeczytałem? na głos tajemniczym, nieznajomym szeptem.
Koło mnie stanął.
Dwa palce w gardło. Podbródek, się wie.
Okrążenie gałek ocznych, ciemno, pięknie, oooooo.
Konfuzja ustąpiła niczym konfitura polana wrzątkiem eterycznym.
– Chciałbym, abyś pamiętał. – prostym wzrokiem ocznym uzmysłowił mi słowa niemiłosierny hultaj. – Pamiętał, boś młody. A twego kompana już raczej nie nastawię, wybacz. Pamięta, co chce, choć retrospekcja ode mnie gratis. Taka nasza to już moc, chłop sam na nią wszak pracował, wdzięczni mu jesteśmy.
– Tak?
– Ano! Gdyby ściany umiały jeszcze czuć… Może za kilka lat, kto wie…
Na ten moment spójrz tylko, ile opowieści zrekonstruowaliśmy dzięki pewnej organizacyjnej drobnostce! Nie zwróciłeś zapewne uwagi, za mocno chybam ustawił pętlę. Ale to nic. To nic. Teraz będzie. Tapety, tapety, tapety. Na pewno zauważyłeś, ale nie podejrzewałeś, ha! W wizjach ich brak, bo to z nich zapisywane są wszystkie informacje niezbędne do rekonstrukcji. To z nich czytają ściany, sufity. To ich cała zasługa. No! – klasnął radośnie.

Nagle zrobiło się ciemno. Dostrzegłem swą pozycję, warsztat. Sierżant leżał skuty w saniach, z mojej dłoni wystawały zardzewiałe kolce tarczy piłowej. Krwisty skrzep do końca próbował zatrzymać mą kończynę, lecz rozłąka była nieunikniona.


– Raczej znam twój stan, a mimo to mnie zadziwiasz – kolejna sztuczka zakończona fiaskiem. Coś jednak tam jest… gdzieś… w górach?
Ctrl+Alt+O, no trochę krzywe, jakby leci w prawo.
Przytrzymałem matrycę pancernego Dell’a, gdyż pociąg właśnie przejeżdżał przez most w Tczewie i nie chciałem przegapić obserwacji tego majestatycznego tworu. Zawsze robi takie samo wrażenie, nie ma co. Chciałbym przejść się przezeń dżdżystym rankiem i spojrzeć na całkiem rozległe tu kontrastowe krajobrazy.
Z powstających mglisto-mostowych wyobrażeń wyrwało mnie ukłucie.
Lewa strona klatki piersiowej promieniowała uszczerbkiem. W gardle zalegała gula wielkości piłki bejsbolowej, lecz jej przełknięcie nie było tak trudne, jak mogłoby się wydawać. Mimo to dokończyłem obróbkę fotografii i zacząłem ładować swój chłam do taktycznego bekpaka o kolorze czarnych oliwek. Za oknem migały kolumny podtrzymujące dach peronu dalekobieżnego.
– A więc loteria. – Powróciłem rzeczywistością do bezecnego bydlaka. – Współczuję. Naprawdę. Rzadko kiedy dobro mierzymy intencjami. Dużo częściej dokonujemy, eh, do-ko-nu-je-cie pochopnego rachunku ułudnej rzeczywistości, bojąc się zmienić coś na możliwie lepsze, lub przeciwnie, kalkulując przy pomocy zewnętrznych wpływów, niekoniecznie zgodnych z waszą naturą.


Święta prawda. Jesteśmy mistrzami zatracania. Wystarczy spojrzeć na niegdyś tak pożądaną prostolinijność. Dążąc do celu okazało się, że na świecie istnieje o wiele więcej, niż by się mogło pierwotnie wydawać. Pokuszeni choćby raz, przestajemy być sobą, ferując kurhany wyroków.
Mentalnie niepoprawni, kardynalnie przestawieni.
Choćby idąc ulicą, zobaczyć można armie szarych klonów, prężących swe idealnie wyprofilowane postury w jedynym oczekiwaniu na zbawienie.
Ironicznym trafem sedno nawet się nie chowa.
Otwarci na wszystko i tylko siebie.
A moje miejsce?

Poza eterem.
Zazwyczaj widzę za dużo, słucham zbyt dokładnie, myślę na temat.
Jednocześnie mogąc wytłumić swe wnętrze, by po czasie nie znało niczego.
Najlepszym przyjacielem – echo?
Implikacji iluminacji brak.

– Jesteś niezwykle skromny. – roześmiał się strażnik-mistrz.
– Ta. – odparłem z wycofaniem.
– No właśnie. Gdybyś raczył tworzyć riposty bazując na procesach zachodzących w twej jednostce percepcyjnej… Uch, może lepiej nie? Obecne realia mogłyby nie zaakceptować takiego odstępstwa. Niemniej doceniam ów systematycznie tłamszony potencjał, iście wartościowy, choć specyficzny, z ciebie interlokutor.
– Dziękuję? A może przepraszam? Już nie wiem sam.
– Powinienem was oswobodzić, zaczynasz majaczyć.
– Tak, jednak dziękuję.
– Dobrze, wystarczy nam. Niestety trochę witalności z was uleciało, a już szczególnie z twojego towarzysza, lecz takie są skutki uboczne mojej konstrukcji. Choć i tak uważam to za małą cenę – zazwyczaj w ogóle nie roztkliwiam się nad zwykłymi gośćmi, serwując nieco inne zdarzenia na łamach mych panoptykonów. Tomka jednak zapamiętałem jako bardzo przezornego jak na swój wiek, zatem pozwoliłem mu na swobodny powrót w ledwo widne zakamarki jego pamięci.
– Prawda, niewiele mi mówił, dziwne.
– Mógł zapomnieć…
– A właśnie, co to za liszaje na sufitach?
– Bystrzacha. Sedno całej mej konstrukcji i poniekąd swoiste dyski twarde. Albo wskaźniki. W każdym razie są powiązane z tapetami, bardzo. – uśmiechnął się tajemniczo.
– One… Pulsują.
– Sedno, serce. – znowu uśmiech. – A teraz ostudzimy Tomasza, taaak.
Przez chwilę huczało mi w głowie jak gdyby ktoś wpuścił do niej trzynastu żołnierzy dzierżących niewytłumione karabiny M4, zezwalając im tym samym na bezkarne postrzeluchy z racji absurdu.


Tomasz wstał, spojrzał na mnie, dookoła, po czym wystrzelił z ręką gdzieś na prawo od mego ramienia sycząc:
– Ożeż ty chuju nikczemny!
O dziwo trafił, a mistrz się uśmiechnął.
– Niewątpliwiem zasłużył, jakbyśmy kwita. Choć i tak czeka cię jeszcze jedna hipnoza, ale to zaraz. Nie cieszysz się na spotkanie po latach? Ile to już minęło, 20? Spokojnie! A ile się u nas zmieniło… Sam zapewne widziałeś.
– Racja. – Sierżant jakby wystygł, choć ręka ciągle mu drgała. – Dzięki za wycieczkę po odmętach mej pamięci, jakby.
– Mam nadzieję, że wszyscy jesteście tak zdrowi i szczęśliwi jak owej nocy. Jest mi jedynie przykro, że nie mogę was, tu obecnych, ugościć w sposób podobny ówczesnemu. Niekiedy jednak role się zmieniają, ulegają drastycznym tudzież radykalnym zmianom, albo w ogóle zakańczają swój byt.
– Zgadza się, coś o tym wiem. Obejdzie się. A teraz wybacz, musimy wracać. Możemy…
– Owszem, możecie. – na twarzy mistrza pojawił się znany mi już uśmiech, a na moich plecach ciarki.
Sierżant zaczął bezwładnie opadać, lecz przed zderzeniem z ziemią, wbrew fizyce, drgnął i naraz się wyprężył. Na jego twarzy zastygł uśmiech strażnika…
– To taki podarunek, tym razem mi nie uciekł. – wyciągnął do mnie dłoń. – Nie wracaj tu, proszę. Wyczuwam rychłą destrukcję w mej konstrukcji, lecz i tak zrobię co mogę, by uchować najcenniejsze. Przepraszam za napady lęków, widzę czasami zbyt wiele i nie jestem w stanie się powstrzymać. Trzymaj się i spokojnie – za jakiś czas towarzysz odzyska rezon i, co lepsze, wszystko zapamięta!
Uścisnąłem powietrze i ze zdziwieniem zauważyłem, że pomagam przerzucić torby ze sprzętem przez otaczający teren płot.
Jak znalazłem się na zewnątrz? Tak, jak znalazłem się wewnątrz.
Szybko.

Ależ gorąco. Pink Floyd’owe rytmy drogi powrotnej były jedynym, co nieco odciągało od niezmiernej spiekoty. Przyklejony do okna wodziłem wzrokiem za mijanymi sylwetkami lasów, pól, domów, stacji benzynowych, lecz działo się to jakby obojętnie, bez jakiegokolwiek entuzjazmu.
Myślałem sobie regresywnie, gdy nagle auto zahamowało z piskiem.
Spojrzałem w bok, Sierżant synchronicznie.
– Kurwa! – krzyknął.
I pojechaliśmy dalej.

Koniec

Od ponad sześciu miesięcy zdjęcia wykonuję jedynie dla siebie – może trochę z przyzwyczajenia i sentymentu, a może żeby się nie zatracić. Są to jednak zupełnie odmienne obrazki, nie do końca zgodne z istotą LTE, choć i takie tu bywały.
Jeżeli nowy rok szkolny przyniesie ze sobą coś nowego, to nie będzie to ostatni post.
(Na tę chwilę galerii z opuszczonych miejsc na dyskach brak.)
Robiłem, co mogłem.
Do czego byłem zdolny.
Aby pozostać zgodnym ze swą naturą.
Bariera @! za mną.



Krzesła III

1. Jedna noc…

2. Brak

3. Panoptykony

2 thoughts on “Krzesła III – Panoptykony”

Podziel się ze mną swą opinią!