Pokojowa Trwoga

– Fontin – twierdza, zachód. Janimik – twierdza, wschód. Szalwin – północny obwód, kwadraty pierwszy do trzeciego, szczególny nacisk na trzeci. Grzybiarz – granica rejonu, strefy piąta do siódmej. Kurachow – cypel, spichlerz. Na zajęcie stanowisk macie czterdzieści osiem godzin, rozstawienie grupy według waszego… artyleryjskiego uznania.
Kurwa, i po cholerę mi ten spichlerz?
Nie wiem czemu, lecz na myśl o tym miejscu zaczynałem czuć tajemniczy niepokój. Nieszkodliwy, niewpływający na trzeźwość umysłu, a jedynie otwierający gdzieś w odmętach mej jednostki percepcyjnej pewne drzwi, za którymi jawiła się czerń.
No cóż, nie pozostaje mi nic innego jak zbyć owo podejrzane coś i zająć się teraźniejszymi sprawami, które, jak widać, uchodzą za niecierpiące zwłoki.
Na sam początek dobrze by było poinformować chłopaków o przydzielonym nam terenie, potem trzeba wyznaczyć pary i terminy, ech, mnogo raboty…

[Jakiś czas później, końcowy środek nocy.]

– Ładuj, dawaj, dawaj.
– Dawaj bez dawaj, mamy czas i możliwość, tamci zbyt szybko nie wstaną, heheh.
– Co właściwie im zrobiłeś?
– Mieszanka „нахуй”, kojarzysz?
– Nu, toś ich urządził, faktycznie paszli nachuj…
– Już nie bądź taki troskliwy, patrz lepiej, to ostatni wór, łap z drugiej strony, tylko ostorożnie!
Dwójka mężczyzn załadowała na kuter całą masę worków dziwnie podobnych do tych, w których trzyma się ziemniaki, lecz jednak zgoła odmiennych. Nie słyszano bowiem w tym regionie o ziemniakach tak kanciastych, że niemal rozrywających ziemniaczany wór. Niemniej owe sakwy wciąż prężnie trzymały swoje spoiwa złączone, nie pozwalając na jakikolwiek nieprzewidziany incydent.
Wracając do sedna, łódź po chwili porwał nurt rzeki. Nie było sensu włączania silnika​, zarówno ze względów czysto ekologicznych, jak i tych mających na uwadze powodzenie całej misji, która wszak zakładała pozostanie niewykrytym, zwłaszcza na obszarze bezpośrednio graniczącym z twierdzą.
Owszem, zdarzało się niekiedy, że pobliskie wody patrolowały kutry wojskowe, lecz znacznie częściej ograniczano kontrolę do obstawiania rozmieszczonych co kilkaset metrów stacjonarnych posterunków, na których to zazwyczaj sprawiała pozory pełnienia warty dwójka wojskowych. Twierdza cierpiała z powodu deficytu ludzi i dosyć rzadko mogli sobie pozwolić na zwiększanie jakości oraz częstotliwości zwiadów prowadzonych na terenach okalających umocnienia.
Nie było zatem żadnego większego kłopotu z przedostaniem się przez strefę ‚patrolowaną’.
– Wlaśnie mineliszmy ostatni – rzekł z entuzjazmem mężczyzna parający się wyrobami szmuglersko-alchemicznymi.
– Miejmy nadzieję, ale czekaj… astarożna, wymiń to!
– TRABUMSZABERE – Odpowiedziała mina morska, druzgocząc kuter szabrowników.
Gdyby ktokolwiek przejmował się podobnymi odgłosami, może zwrócono by uwagę na wybuch, jednak niespokojne czasy oraz fakt otwartych konfliktów sprawiły, że ludzi znajdujących się w okolicy jednostki dosyć często nawiedzały podobne odgłosy. A nawet jeśli ktokolwiek zwróciłby uwagę na podobny rumor, w okolicy działała przecież strzelnica, na której to niemal cały czas prowadzone były szkolenia – w nocy dla specjalnych oddziałów dywersyjnych, za dnia dla reszty, co było wystarczająco logicznym uzasadnieniem „walenia”.
Niemniej nawet jeśli nikt na wybuch uwagi nie zwrócił, tak faktu, iż w tajemniczych okolicznościach zniknęła łódź z wielką częścią dachu spichlerza przegapić się po prostu nie dało.

*

– Panie, depesza! – Do kantyny, wymachując rękami i wywracając się niemal o jeden ze stolików, wbiegł szczupły młodzian o lekko śniadej cerze.
– Nu, musi to być doprawdy sprawa niecierpiąca zwłoki, skoro tak bezpardonowo przerywasz mój posiłek.
– Tak też właśnie jest! – Energicznie potwierdził kurier. – Zresztą sami się przekonacie, gdy zobaczycie kto mnie do was przysłał, generale…
– Twoja mać, robi się nieciekawie… – Rzekł wojskowy, gdy już przeleciał wzrokiem, badając każdy centymetr otrzymanego arkusza. – Możesz odejść, człowieku…
– Jak to tak… Nie napoicie strudzonego dostawcy?
– A, tak. Pójdź i powołaj się na mnie, coś na pewno dostaniesz.
– Dziękuję, panie!
W trakcie gdy kurier posilał się przed drogą powrotną, generał Stolczykow udał się do swojej kwatery. Minę miał tęgą niczym słoik na huśtawce i wydawało się wręcz, że zaraz ktoś ten słoik do cna wychłepce.
Tej nocy generał po prostu nie mógł zasnąć. Gdyby ktoś zaszedł w okolice jego koi, usłyszałby przytłumione klątwy i bezeceństwa wypływające z jego ust, a także zobaczyłby coś, co mógłby nazwać mianem „stolczykowej pracy”, gdyż próbując wszystkich metod i wytężając swój umysł niczym najpotężniejszy kulturysta, generałowi nie udało się niczego osiągnąć.
W końcu, nad samym ranem, zrezygnowany myśliciel wyszedł na przechadzkę. Jak zawsze, gdy potrzebował chwili ciszy, poszedł pojednać się z przyrodą na pomost rybacki kilkaset metrów za murami twierdzy.
Gdy dotarł na miejsce, na niebie jawiły się już pierwsze refleksy relacji słońce-niebo, zwiastując przepiękny wschód. Odetchnięcie świeżym powietrzem w takich okolicznościach zaowocowało niecodziennym odkryciem.


– Kirył? Co on tu, do biesa, robi…
Z rzeki wyszedł mężczyzna. Jego przyzwoitą posturę maskował automatyczny, wymierzony chód, który do pary ze ściekającą z wojskowego nocnego odzienia wodą tworzył kuriozalny widok. Generał z szeroko otwartymi oczyma obserwował całe to zajście, nie mogąc zawierzyć własnemu umysłowi, kreującemu podobne sceny. Było już całkiem zatem o pomyłce nie mogło być mowy! Młodzieniec podszedł pod mury twierdzy… i wskoczył do otwartego na drugim piętrze okna.
Wojskowy zerwał się z pomostu i pośpiesznie wrócił na teren fortecy. Po wejściu do swej kwatery zwrócił się do wartownika:
– Julian, zwalniam cię tymczasowo ze służby. Pójdziesz poza mury na stary pomost rybacki, spojrzysz wzdłuż murów na wschód, w stronę kordegardy i odszukasz ślady prowadzące pod okno. Następnie ustalisz numer pomieszczenia na drugim piętrze i przyjdziesz do mnie z tym fantem. Jakieś pytania?
– C…
– To dlaczego tu jeszcze stoisz? Wyjazd!
W międzyczasie Stolczykow zabrał się za myślenie. Zawsze miał predyspozycje do prac mentalnych, a przynajmniej tak mówiła jego matka… No, ale gdyby nie miała racji, to przecież nie zostałby niezależnym generałem prężnie niosącym na swych barkach tak ogromny kompleks fortyfikacyjny! Czysty autorytet, bez dwóch zdań!
Pozostawała mu do rozszyfrowania sprawa otrzymanej depeszy. Jeżeli nie upora się z wyłożonym przez dzianego grubasa problemem, jego przyszłość może okazać się marną…
Po godzinie wrócił zdyszany chłopak.
– Dwieszemaśie! 217! – Wydusił z siebie chłopak, ledwo łapiąc dech w płuca.
– Dobrze, wracaj na wartę. Przez następne kilka godzin chcę tu mieć perfekcyjny spokój, zrozumiano?
– Tajest!
Jak wszedł, tak wyszedł, lecz co do sumienności tego młodzieńca nie można było mieć wątpliwości. Generała na powrót zajęła kwestia depeszy oraz porannego zjawiska.
Pierwej ustalmy tożsamość… – Pomyślał Stolczykow, po czym podszedł do szaf administracyjnych i wyjął rozpiskę właściwego budynku. – A więc to tak… No, Kurachow, bardzo mi przykro…
Mężczyzna siedział do południa nad swym stołem, po czym wezwał do siebie zastępcę. Chwilę później postanowił się zdrzemnąć. Gdy z twierdzy wyjechał goniec, generał już dawno spał.

 

*

Następnego dnia, kilka godzin przed porą sprzyjającą odkrywaniu niecodziennych zjawisk, generał wybrał się na przechadzkę celem potwierdzenia wcześniej wysnutych przypuszczeń.
Noc miała się dobrze. Dookoła panowała względna ciemność, do której jednak ludzki wzrok mógł się stosunkowo przyzwyczaić. Istocie ukrytej w krzaczyskach nieopodal nieużywanego pomostu mrok jednak nie był straszny.
Generał pogładził futerał i wyjął z niego dziwnej konstrukcji lornetkę. Pstryknął przełącznikiem i przyłożył ustrojstwo do oczu. W tej pozycji zastygł i zmienił ułożenie dopiero, gdy tafla wody zamknęła się pod lunatykującym człowiekiem.
– Niebywałe… Skąd ten bydlak bierze tyle siły? Toż to… nieludzkie… – Wyszeptał w eter zakamuflowany obserwator, patrząc jak chłopak płynie pod prąd.
A pływak, jakby na przekór mówcy, dobił do drugiego brzegu i raptownie wystrzelił na brzeg, łapiąc się zdobień okraszających ściany spichlerza. Wspinaczka na sam szczyt zajęła mu około 10 sekund, a przecież to spokojnie 20 metrów! Na szczycie wyczynowiec po prostu się położył i co jakiś czas przebierał rękami.


Generałowi wystarczyło i to. W mgnieniu oka wyłączył swój przyrząd i udał się do twierdzy. Po krótkiej rozmowie z wartownikiem ponownie wyszedł na teren otwarty. Ostatni raz można było go zobaczyć w strefie, w której nikt nikogo nie powinien widzieć.

*

Stałem na tarasie Białej Wieży, podziwiając wartki nurt Narwi. Z wielce zadziwiającą synchronizacją w powietrze wzbiła się grupa krzyżówek, prując następnie przez warstwy gorącego powietrza zebranego kilka metrów nad taflą wody niczym najdostojniejsze z wszelkich latających istnień. Towarzyszyłem im wzrokiem mniej więcej do spichlerza, po czym przeszedłem na drugą stronę baszty, graniczącą z dziedzińcem twierdzy.

Tego dnia było wyjątkowo skwarno. Ciepłe słoneczne światło kolorowało przyjemnie otaczającą kompleks zieleń, która to wydawała się nie kryć zadowolenia z owej symbiozy i lekko, lecz powabnie falowała. W powietrzu ciężko brzęczały muszyska szukające kawałka lepkiego od potu cielska, na którym to mogłyby wieść beztrosko swój nieważki byt, żerując w optymalnych dla siebie okolicznościach. Automatycznym ruchem złapałem jedną z nich w kułak i poczekałem aż przestanie obijać się o wnętrze mej dłoni jak szalona, po czym powoli otworzyłem pułapkę i wypuściłem ją z powrotem na światło dzienne. I żebyś mi tu nie wracała, pokrako, szepnąłem w momencie, gdy insekt wzleciał, wydawałoby się na wysokość powodu dzisiejszej duchoty.
No właśnie, dochodzi południe, pomyślałem, trzeba się zbierać.
Skinąłem ruchem dłoni Tarasowi, który to pełnił dzisiaj rolę wartownika Białej i opuściłem taras. Przed zmianą postanowiłem zajść jeszcze na chwilę do łaźni, ażeby odświeżyć nieco swoje oblicze na wypadek przeciągnięcia się powinności. Musicie bowiem wiedzieć, iż przyszło mi pełnić w tych nieszczęsnych czasach rolę jednego z sierżantów w naszej jednostce, a konkretnie ogniomistrza, gdyż mówimy w tym wypadku o artylerii. Zatem należało się odpowiednio przygotować do nawet kilkunastogodzinnej warty, a że ostatnio miałem dość szorstko-kłujące kłopoty żołądkowe – tym bardziej.


Po odświeżeniu swego ciała wstąpiłem jeszcze na chwilę do swej komnaty, aby założyć świeższe odzienie i skompletować niezbędne na służbie klamoty. Zgarnąłem z półki dorodnego zeszłorocznego kasztana, podrzuciłem go pod sufit i otworzyłem naprędce kieszeń munduru. Wpadł. Jak kasztan w kieszeń.
Wychodząc z koszar natknąłem się na Jegora, który to w pośpiechu natknął się na mnie.
– Dywersja, mają nas, jak to się mogło stać?!
Trzepnąłem go pstryczkiem w ucho, ażeby choć trochę otrzeźwiał.
– Jaka znowu dywersja, chłopie, mówże, byle składnie! – Powoli, lecz energicznie zapytałem roztrzęsionego towarzysz.
– DY-WER-SJA, ktoś zdradz..
W tym samym momencie zobaczyłem, jak wzrok mojego nieszczęsnego interlokutora wędruje na ułamek sekundy gdzieś za moje plecy, skąd to usłyszałem coś jakby szurnięcie nogą po nawierzchni asfaltowej ze śladową ilością ruchomego żwirku, czy innego piachu. Nie czekając na nadejście pierwszych racjonalnych uzasadnień całej tej sytuacji, uskoczyłem po przekątnej do przodu, starając się jednocześnie zerknąć do tyłu, żeby zobaczyć, przed czym właśnie uskocz…


…yłeś. Doprawdy godny pozazdroszczenia refleks, ale każdy, kto planuje podobny przechwyt, musi mieć plan awaryjny, w tym wypadku wyglądający mniej więcej jak cienka igła z czymś, co zgina kolana nawet najprzykładniejszym młodzieńcom.
Znajdowałem się na fotelu. Fotelu, na którym można leżeć. Leżeć wyjątkowo nieprzyjemnie, powiedziałbym wręcz: skrępowanie. Nade mną i dookoła mnie stał i rozbrzmiewał mężczyzna, którego chyba znałem. A przynajmniej mógłbym tak stwierdzić, gdyby w oczy nie świeciło mi światło typu ‚my cię widzimy, ty nas niekoniecznie’. Zrozumiałem, że trafiłem tu wcale nie z własnej woli, lecz wskutek owej Jegorowej dywersji. Zasta…
– …nawiasz się pewnie, jak mogłeś wpaść. Otóż, wystarczył jeden mały trik, sztuczka, która zadziwiła nas, sztab – tu urwał i zaczął obmacywać swoje kiermany, aż w końcu wyjął jakąś karteczkę. – na tyle, żeby zacząć podejrzewać, że ktoś podbiera ze spichlerza dach.
Co. – wydawało mi się, że wypowiadam to na głos, lecz moje usta pozostały dziwnie sztywne. Jak i cała reszta…
– Niestety, na tym etapie nie możemy pozwolić ci na żadne akcje defensywne, wiedz jednak, że zostaniesz osądzony zgodnie z wolą… – Tu urwał i podrapał się po swej niezmiernie suchej brodzie. – no, czyjąś na pewno.
Gdybym zechciał coś w tej chwili powiedzieć, zapewne brzmiałoby to mniej więcej jak: mmmdddyyyfff, dlatego ograniczyłem się jedynie do skromnego ggdhh.
– Spokojnie, powoli, lepiej to sobie wszystko przemyśl, wszak załatwiliśmy ci trochę wolnego czasu…

*

– Witajcie, witajcie, siadajcie. – Uniżonym tonem generał wielkiej twierdzy przywitał żałośnie opasłego przybysza.
– Tak, mówcie, czasu mam niewiele. Problem z zaginionym kutrem przysporzył mi mnóstwo roboty, odnowa kontaktów, formowanie nowego oddziału, zasrana administracja… – Odparł mężczyzna wyglądający niczym wiejski kupiec o miejskim alter-ego. A biorąc pod uwagę jego tuszę, osobowość mogła być co najmniej rozczworzona. – A więc co tu się wyczyniło, na waszych wodach? Tak, wszak większość trasy przebiega przez tereny podlegające waszej kontroli.
– Otóż… nie wiem. Jesteście pewni, panie, że wasz transport po prostu… nie zrejterował? Zawierza…liście tym ludziom?
– Skąd ci coś podobnego przyszło do głowy, człowieku? Zawierzałem, ufałem i wciąż uważam, że chuj mnie strzeli, jeżeli mamy dojść do jakiegoś konsensusu. Sprawa jest jasna, podobna sprawa nie ma prawa się powtórzyć, a przynajmniej jeśli cenisz swoje pagony.
– Dobrze. – Generał przełknął gulę i odpowiedział. – W takim razie słuchajcie. Odkryłem pewną rze..
– Ja tobie dobrze radzę, żeby to było istotne, gdyż misteria niewiele mnie obchodzą.
– Tak… Jeden z moich podwładnych jest prawdziwą bestią. Może to mieć związek z zaginięciem łodzi, ale zaznaczam, że wcale nie musi… Chłopak co nocy lunatykuje… przepływa na drugi brzeg Narwi i wspina się po ścianie susami na dach spichlerza. To nie wszystko. Robi to z taką werwą i automatyką jakby jego mięśnie były co najmniej ze stali.
W sali nastąpiła cisza. Człowiek będący gościem długo mierzył wzrokiem gospodarza. Przez chwilę wydawało się nawet, że teoretyczna relacja tych ludzi jest zupełnie odwrotna, lecz zapewne po prostu zabrakło na ten moment czynnika realizmu. Niemniej po upływie kilku niezmiernie wydłużonych dla ostatniego mówcy mrugnięć, opasły przybysz w końcu się odezwał:
– Gdzie on teraz jest?
– Prawdopodobnie w pokoju przesłuchań, jeżeli chłopcy nie nawalili.
– Prowadzisz.

*

Przede mną usiadł mężczyzna o zwaliście korpulentnej tuszy. W zasadzie słowo ‚usiadł’ było w tym wypadku wysublimowaną uprzejmością, gdyż człowiek ten po prostu opadł na przygotowany zawczasu wzmocniony zydel. Odsapnął, wytarł pot z czoła i uszczypnął się w podbródek, robiąc wielce zafrasowaną minę.
– A więc to TY jesteś tym, który postanowił przyczynić się do rozpadu mej struktury – Powiedział nad wyraz cienkim głosem, po czym puknął palcem w rusztowanie, do którego niestety byłem przymocowany.
Dzięki tej interakcji dał o sobie znać na powrót łamiący ból w drugim rusztowaniu, tym razem owym, do którego byłem permanentnie przymocowany. Nie powiem, żeby sprawiło mi to wielką przyjemność, lecz przypomniało mi o fakcie, że wciąż żyję. A dopóki zachowuję odpowiednią trzeźwość umysłu, dopóty mogę mieć coś na kształt nadziei, że nie wszystko jeszcze jest stracone.
Walczyć o każdą sekundę, każdy oddech, każde choćby mrugnięcie.
Nie wiem czy i w jakiej kondycji będę po dopełnieniu się woli osób trzymających pieczę nad moim wątłym, lecz wciąż pełnym żarliwego wigoru ciałem.
Do rzeczywistości powróciłem za sprawą sucho-dżdżystego odgłosu wydobywającego się ze spasłego knurzyska zasłaniającego przeważającą część i tak wąskiego pokoju jednostronnie szczerej rozmowy.

– EkhrrmNO! Słuchaj, człowieku. – Twarz przybysza nagle zmieniła swe oblicze. – Nie przybyłem tutaj, by bawić się w uprzejmości. Złożę ci za to pewnego typu propozycję. Wiemy o twej zdolności. Wiemy także, że mój kuter bezpowrotnie zaginął, krzyżując pewne górnolotne plany. Jeżeli dodasz dwa do dwóch, domyślisz się, że przedstawiam ci pewnego rodzaju ofertę. I gdybym był na twoim miejscu, przemyślałbym to dokładnie, gdyż jej odrzucenie może się wiązać z pewnymi przykrymi następstwami, uniemożliwiającymi sukcesy. Weźmy na przykład te zawodowe. Mało kto chce służyć przez całe życie jako pachołek. Trudno jednak wspiąć się wyżej, gdy osoby, które mogą umożliwić awans, nie widzą w tobie nikogo poza zwyczajnym workiem gnoju. A takiego, mimo że śmierdzi, nie boisz się kopać, gdyż i tak już nic z niego nie wyleci. Gnój pozostanie gnojem, a człowiek się wyżyje. Rozumiesz? No, to by było na tyle, czasu masz naprawdę niewiele.

*

Krzyk, wrzask, pisk, skrzek, zgrzyt, ryk, huk, łoskot, warkot, jęk, stęk, szloch, płacz, lament.

Migawki w umyśle, nie! strzępkach tegoż umysłu, jego nędznych szczątkach, należących do dezertera, człowieka o zamiarach nie tyle szlachetnych, co heroicznie egoistycznych.

Byłem… tak, byłem! w dupie. Czarnej, przepastnej, kurewsko wiążącej dupie.

Człowiek mojego pokroju nie został stworzony do bycia bohaterem.

kiryłwpokojuszumukiryłwpokojuszumukiryłwpokojuszumu

jasnojawisięprzedemnąnibywyspa

księżycu!

*

– Panie! Uciekł! – do kwatery naczelnego spokojnie wpadł zahartowany przez ostatnie dni wartownik.
– coktojakhh/ – Zapewne pytając odparł Stolczykow.
– Kirył! Znowu popłynął na spichlerz…
– Suka, jak mogłem o tym nie pomyśleć! Dawaj mi snajpera na Czerwoną, chyżo!
Jegor wybiegł jak z moździerza, a po chwili na wieży ustawiono stanowisko obserwacyjno-snajperskie.
W międzyczasie generał parł już na pobliski pomost, mając na celu bliższą obserwację.
Według ustalonego planu, ucieczkę można było potraktować jako odrzucenie dzień wcześniej powstałej oferty, zatem przedsięwzięcie jakkolwiek ciężkich środków mogących zatrzymać zbiega było jak najbardziej wskazane.
Kirył, nie zwracając uwagi na wszczęty w twierdzy tumult, dalej lunatykował po spichlerzu, napełniając co jakiś czas swoje usta dachem. Robił tak przez dłuższą chwilę, po czym energia kinetyczna pocisku kalibru 7.62 pędzącego z prędkością około ośmiuset metrów na sekundę powaliła go na zachodnie skrzydło.
Przez długi czas obserwatorzy Czerwonej nie mogli niczego dojrzeć ze względu na wielkich rozmiarów chmurę pyłu ceglanego. Ta sama widoczność zachowała się nawet po wschodzie słońca, dlatego też generał zebrał oddział, z którym popłynął do spichlerza, by sprawdzić co się stało z uciekinierem.

*

– O taaak, jak dobrze… – odgłosom głośnej defekacji towarzyszyły wyrazy ukontentowania osoby dokonującej tejże czynności.
Dookoła bezwstydnego grzesznika panowała ceglana mgła, która chroniła go przed ewentualną kompromitacją tudzież represjami płynącymi z faktu zanieczyszczania terenu podlegającego wojsku. Po kilku godzinach było jednak po wszystkim, zatem delikwent opuścił miejsce lunatycznej zbrodni i udał się swoją ścieżką przez życie.
Nie wszystko jednak potoczyło się dobrze, a grupa ścigająca zbiegłego ogniomistrza ugrzęzła w wielkim, grząskim i niezmiernie cuchnącym bagnie. Stało się tak ze względu na wielką nieprzejrzystość terenu.
A jeżeli chodzi o ten niepozytywny koniec – Kirył wraz z usunięciem ze swojego organizmu budulców dachu utracił niecodzienną moc, siłę, dzięki której mógł dokonywać rzeczy możliwych tylko w moich opowiadaniach.


Wszystko powyżej napisane zostało skonsultowane z lekarzem. Pozdrawiam tych, którzy dotrwali niezgorszeni do samego końca i domyślili się, że moje dzieło jest niczym innym jak metaforyczną karykaturą pewnych wartości dominujących współczesne życie społeczne.


Podziel się ze mną swą opinią!